Lifestyle,  Parenting

1. A ty znów na zwolnieniu lekarskim?

Długo zastanawiałam się jaki będzie pierwszy post na blogu, a jeszcze dłużej zastanawiałam się czy w ogóle powinnam poruszać ten temat. Nie jest on prosty i przyjemny, a już zwłaszcza dla wszystkich mam chcących pozostać aktywnymi zawodowo zaraz po rocznym urlopie macierzyńskim.

Tematem tym jest zmaganie się z częstym chorowaniem pociechy, co wiąże się z większą częstotliwością pozostawania w domu. Niektórzy mogą sobie pomyśleć, że przecież nie trzeba iść wtedy na zwolnienie i obciążać współpracowników swoimi zadaniami, tylko zabrać pracę do domu. Niby tak, ale jednak rzeczywistość jest zupełnie inna niż nam się to wydaje. Nie każdą pracę przeniesiemy na pracę zdalną i nie każdy pracodawca na to pozwala. Tak w tych czasach wciąż są takie wybitne jednostki.

Osobiste doświadczenia z tym związane skłoniły mnie do głębszego zbadania tego tematu. Postanowiłam porozmawiać z kilkoma mamami o ich przeżyciach w związku z tym. Zadałam im kilka pytań, na które zgodziły się odpowiedzieć w pełni anonimowo, dlatego na potrzebę tego artykułu nadam im zupełnie inne imiona. Każda z nich posiada różne przeżycia i te lepsze, i te nieco gorsze. Na niektórych z nich odbiło się to na tyle mocno, że jest to swojego rodzaju zrzucenie ciężaru.

Historia Alicji

W firmie pracowałam już 6 lat. W ciągu tych lat odbyłam prawie półroczne zwolnienie ciążowe ze względu na jej przebieg i roczny urlop macierzyński. Zaraz po jego ukończeniu wróciłam do pracy, ponieważ nie wyobrażałam sobie dłuższego siedzenia w domu. Zależało mi na pozostaniu aktywną zawodowo. W nowym zespole spędziłam lekko ponad 2 lata – już jako mama. Moje dziecko nie miało problemów z chorowaniem w okresie letnim lub wiosennym, z resztą jak większość dzieci. Sytuacja wyglądała inaczej na jesień i zimę. Choroby przychodziły przynajmniej raz w miesiącu. Jako, że byłam pracoholiczką, dzieliłam się z mężem zwolnieniami na dziecko. Staraliśmy się chodzić na nie na zmianę. Mąż mógł zabierać pracę do domu, więc tak naprawdę tylko ja brałam L4.

Współpracownicy nie reagowali na moje zwolnienia negatywnie. Pracowałam w dość dużym zespole około 30-osobowym. Zawsze starali się życzyć szybkiego powrotu do zdrowia. Sytuacja miała się inaczej za moimi plecami. Podobnie reagowali na zwolnienia innych mam. W spotkaniu z nimi byli uprzejmi, ale za plecami rzucali wiele nieprzyjemnych komentarzy i niestosownych żartów w stylu „może i ja wezmę zwolnienie na mojego psa/kota”, „ta to znowu na zwolnieniu”, „na  pewno dziecko jest zdrowe, tylko pracować jej się nie chce”, „może jeszcze w ciążę zajdzie”. Podobne komentarze były rzucane w moją stronę. Zupełnie sobie z tym nie radziłam, bo wiele tych osób twierdziło, że jesteśmy na bardzo dobrej stopie koleżeńskiej.

Przełożona nie należała do sympatycznych osób, choć mocno się starała na taką uchodzić. Niby życzyła zdrowia, ale nie pozwalała na ułatwienie tej sytuacji. Wielokrotnie proponowałam zabranie pracy do domu, aby moja nieobecność nie wpłynęła negatywnie na wykonywane aktywności, ale niestety mimo moich starań, zawsze spotykałam się z odmową. Moja praca mogła być wykonywana z domu. Wymagała ona zabrania laptopa z firmy lub połączenia się po sieci VPN na prywatnym komputerze. Niestety do dziś nie wiem co nią kierowało. Czasem zastanawiam się czy to nie było kierowane brakiem zaufania do pracownika, choć inni mogli korzystać z tego przywileju.

Zwolnienia na dziecko ciągnęły za sobą wiele konsekwencji. Przede wszystkim na rozmowach okresowych z przełożonym wielokrotnie było mi to wypominane. Często był to argument, dlaczego nie dostałam awansu. Za każdym razem zarzucano mi to, że nie zabieram pracy do domu, ponieważ moje nieobecności generowały opóźnienia i niepotrzebne nadgodziny. Niestety w tej sytuacji argument proponowania przeze mnie takich rozwiązań nie przechodził, a przecież zawsze odmawiano mi pracy zdalnej. Jak tak sięgam pamięcią, to ta cała sytuacja wcale nie była normalna i nie wiem czy nie miała czegoś wspólnego z mobbingiem, choć to takie mocne słowo i poważne oskarżenie.

Cała ta atmosfera bardzo negatywnie na mnie wpływała. Do domu wracałam zmęczona psychicznie i fizycznie, choć moja praca, to praca biurowa. Szybko zasypiałam, ale mój sen był niespokojny, ponieważ wielokrotnie śniła mi się praca. Codziennie budziłam się zmęczona i pełna niechęci do życia. Dopadała mnie depresja, a zachowanie przełożonej i „znajomych” z pracy mi nie pomagało. Wieczorami płakałam, ponieważ nie chciałam tam po prostu wracać. Moja wiara w siebie spadła i nie wierzyłam, że mogę odejść z pracy i znaleźć nową. Obawiałam się, że skoro teraz tak reagują na to wszystko, to w nowej pracy będzie podobnie. Tutaj bardzo się pomyliłam, ponieważ mijają miesiące odkąd już tam nie pracuję i nikt nie widzi w tym problemu, ponieważ mogę wykonywać swoją pracę zdalnie. Nikt nie cierpi z powodu choroby mojego dziecka lub dziecka koleżanki.

Historia Natalii

W obecnym miejscu zatrudnienia pracuję prawie rok. W przeciągu tego czasu na zwolnieniu byłam kilka razy, z czego może ze dwa razy zwolnienie brałam na chore dziecko. Pracuję w większym zespole. W szpitalu na oddziale mamy mniej więcej osiemnaście osób, ale tak naprawdę w ciągu dnia mam styczność z około 10 osobami.

Znajomi z pracy różnie reagują na moje zwolnienia. Plotek co prawda jeszcze nie było, ale wiele ludzi nie jest zadowolona z moich nieobecności. Większość z nich są osobami, które nie posiadają dzieci. Niestety nie potrafią zrozumieć dlaczego poszłam na zwolnienie i wielokrotnie uważali, że wyolbrzymiam jeśli chodzi o choroby dzieci. Rozumiem, że nie mają na ten temat żadnego pojęcia, ponieważ wiele ludzi puszcza dzieci z gorączką do przedszkoli i żłobków udając, że problemu nie ma.

Moja przełożona zawsze reagowała bardzo spokojnie na wieść o mojej nieobecności. Zawsze uprzejmie życzyła szybkiego powrotu do zdrowia. Nigdy przez to nie spotkałam się z żadnymi nieprzyjemnościami lub konsekwencjami. Niestety jako pielęgniarka nie mam możliwości pracy zdalnej, ale te zwolnienia, które wzięłam muszę nadrobić kilkoma dodatkowymi zmianami.

Atmosfera w pracy po powrocie ze zwolnienia wcale się nie zmienia, choć sądzę, że to zależy od tego kto i co sobie weźmie do serca. Mnie osobiście nie obchodzi co myślą o mnie ludzie. Moje dzieci, to zdecydowanie moja sprawa.

Historia Kasi

W firmie pracowałam pół roku. Była to nowo podjęta praca. Zajmowałam się sprzedażą i pracą z klientem biznesowym, czyli osobami, które posiadają własną działalność.

Starałam się często nie chodzić na zwolnienia w trakcie okresu próbnego, ponieważ chciałam pokazać się z jak najlepszej strony. Miałam z góry narzucany wynik do zrobienia i robiłam wszystko, aby go osiągnąć. Zależało mi do tego stopnia, że zostawałam na bezpłatnych nadgodzinach. Wszystko po to, aby prezes i przełożony byli ze mnie zadowoleni i zdecydowali się na podpisanie ze mną umowy o pracę. Drugą sprawą było to, że na umowie zlecenie każdy dzień nieobecności był bezpłatny, dlatego też nie chciałam zostawać bez połowy wynagrodzenia.

Pracę zaczęłam jesienią, zaraz po tym jak moje dziecko poszło do żłobka, a jak wiadomo jesień, to okres wielu chorób. Kiedy byłam na okresie próbnym, to mój narzeczony brał urlop lub opiekę na dziecko. Niestety w lutym syn nagle mi się rozchorował i rano obudził się z anginą. Dzień wcześniej nic na to nie wskazywało. Tata był już w pracy, więc to ja musiałam z nim iść do lekarza i wziąć tygodniowe L4. To był moment, kiedy przez cały miesiąc w żłobku pojawił się może przez 3 dni. Niestety ani ja, ani partner nie mogliśmy pozwolić sobie na miesiąc nieobecności w pracy, dlatego na zmianę co dwa tygodnie opiekowaliśmy się synkiem. Gdy w marcu myśleliśmy, że wszystko jest już w porządku, wszystkie placówki zostały zamknięte z powodu koronawirusa. Po nieobecnościach w poprzednim miesiącu i po tym ile mniej wypłaty otrzymaliśmy, podjęliśmy decyzję o braniu opieki na dziecko z powodu pandemii również na zmianę. Poinformowałam o tym pracodawcę i wydawał się to w pełni rozumieć.

Zespół, w którym  pracowałam nie był duży. Łącznie z kierownictwem było to około 17 osób. Na szczęście zespół był bardzo zgrany. Właśnie za atmosferę najbardziej lubiłam tę pracę. Znajomi doskonale rozumieli moją sytuację. Poza celami indywidualnymi mieliśmy też cele grupowe, więc robili wszystko, aby jakoś nadgonić mój wynik i w żaden sposób nie dawali mi odczuć, że moje nieobecności są problemem. Część ze współpracowników miała już starsze dzieci, więc wiedzieli jak to jest.

Kierownik udawał, że rozumie moją sytuację i nie ma nic przeciwko, ale doskonale wiedziałam, że mu to nie do końca pasowało. Prezes bardzo naciskał na nasze wyniki i o to, aby target został osiągnięty. Ogólnie praca była taka, że od ludzi dużo ważniejszy był wynik. Prezes nawet nie znał naszych imion.

Firma dawała nam możliwość pracy zdalnej, ale była ona uciążliwa. Prezes nie był w stanie zapewnić nam sprzętu do pracy, musieliśmy korzystać z prywatnych komputerów i Internetu, który czasami nie był w stanie uciągnąć wszystkiego. Większość programów znajdowała się na komputerach służbowych, więc nie byliśmy w stanie bezpłatnie ich zainstalować na swoich komputerach lub laptopach.

Konsekwencje zostały szybko wyciągnięte. Zostałam zwolniona. Może nie przez zwolnienia na dziecko, ale przez brak wyników. Choć w tym wypadku jedno z drugim jest ściśle powiązane. Atmosfera wśród pracowników była wspaniała. Niestety tylko ze strony kierownictwa była ciągła presja. Wiedziałam, że jesteśmy dla nich tylko cyferkami, raportami i wykresami. Bardzo się stresowałam, dawałam z siebie ile tylko mogłam, ale to niestety nie wystarczyło.

Historia Karoliny

W firmie pracuję już 3 lata. Jest to korporacja jak każda inna. Zatrudniłam się w niej zaraz po urlopie macierzyńskim, kiedy moje dziecko poszło do żłobka. Była to wiosna, więc cały okres próbny przepracowałam wzorowo, ponieważ moje dziecko wcale się nie rozchorowało. Kiedy miałam już podpisaną roczną umowę o pracę zaczął się sezon jesiennych chorób. Syn chorował raz do dwóch razy w miesiącu. Z mężem dzieliliśmy się opieką nad chorym dzieckiem na zmianę.

Zespół był dość spory jak na pozostałe w firmie. Łącznie z liderką zespół składał się z 21 osób. Połowa była osobami młodymi, bez dzieci. Pozostali to osoby z dziećmi już dorosłymi i kilkulatkami. Na zwolnienia chodziłam na początku, ale potem zaproponowałam zabieranie pracy do domu. Nie chciałam, aby inni musieli nadrabiać moje straty. Przełożona się zgodziła, dlatego nigdy nie trafiły do mnie żadne negatywne komentarze przez chorobę dziecka. Wręcz przeciwnie. Czasami zgłaszali się do mnie i prosili, abym faktycznie zajęła się w pełni dzieckiem i nie zawracała sobie głowy pracą. Jesteśmy naprawdę zgranym zespołem.

Na początku, kiedy faktycznie chodziłam na zwolnienia, moja szefowa nie miała nic przeciwko. Mówiła, że doskonale to rozumie, ponieważ sama przez to przechodziła dwukrotnie. Kiedy zaproponowałam zdalną pracę bardzo się ucieszyła, co później doceniła na rozmowie rocznej.

Atmosfera w pracy mimo moich nieobecności wcale się nie zmieniła. Dzięki temu, że pracuję z domu, to moje obowiązki wcale nie muszą obciążać innych. Jestem wdzięczna firmie i liderce za to, że ma do nas tyle zaufania.

Jak widać każda z tych historii jest inna. Jedne są bardziej wstrząsające, a inne pokazują, że jednak pracodawca jest w stanie pójść na kompromis z pracownikiem, bo przecież chore dziecko wcale nie musi oznaczać zwolnienia lekarskiego, a może być zastąpione pracą zdalną. To rozwiązanie jednak niesie za sobą odrobinę zaufania do pracownika oraz udostępnienie jak najwięcej pomocy, które ułatwią pracę zdalną.

Obecna sytuacja epidemiologiczna pokazuje właśnie, że praca z domu wcale nie oznacza pogorszenia wykonywanej usługi w branżach SSC/BPO lub innej pracy biurowej. Dlaczego w takim razie wciąż mamy dzieci chorujących muszą drżeć o swoje stanowisko, zostając z chorym dzieckiem w domu?

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *