Rozrywka

2. Praca, studia i ciąża. Jak to było ze mną?

Od czego się zaczęło?

Już od czasów szkoły średniej wiedziałam, że nie będę chciała studiować w trybie dziennym. Wychodziłam z założenia, że mogę jednocześnie pracować, a w weekendy się uczyć. Dlaczego? A no dlatego, że po tych trzech latach będę miała ten sam dokument, co rówieśnicy studiujący dziennie. Jest jedna różnica- Ja będę miała doświadczenie. Drugą sprawą było to, że nie chciałam prosić rodziny o pieniądze. Same plusy.
Oczywiście takie studia kosztują i to wcale nie tak mało.
Na początku podjęłam się nauki na kierunku „bezpieczeństwo wewnętrzne”. Czesne za semestr było jak dla mnie strasznie wysokie, ale można je rozłożyć na dogodne raty. Niestety prawie cała moja wypłata w tym czasie szła właśnie na naukę. Pracowałam wtedy na ćwierć etatu, więc nie zarabiałam w tym czasie milionów. Spędziłam na tym kierunku rok i wiem, że był to rok stracony.
W grudniu 2014 roku zmieniłam pracę i trafiłam do jednego ze znanych centrów usług wspólnych w naszym mieście. To zupełnie inny świat, w którym o dziwo się zakochałam i powiązałam z nim swoją przyszłość. Jak to mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i tak jak moja mama, tak i ja zapragnęłam zostać księgową. Rozpoczęłam naukę na kierunku „finanse i rachunkowość”. Obecnie jestem już dwa lata po obronie pracy licencjackiej, ale na początku nie wiedziałam co mnie czeka.
Dzięki temu, że zmieniłam pracę, to wzbogacałam swoje CV przy jednoczesnej nauce. Ale nie o tym miał być wpis.

Jak to ogarnęłam?

Nie było to skomplikowane, ale do najprostszych nie należało. Pracowałam od poniedziałku do piątku, a zajęcia miałam w co drugi weekend. Cała sobota i niekiedy cała niedziela. Skutkowało to w tym, że nie zawsze wracałam wypoczęta w poniedziałek. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Miewałam chwile słabości, ale powtarzałam sobie, że w przyszłości to zaowocuje.
Wraz z rozpoczęciem nowej pracy poznałam swojego męża. Pracował niedaleko, więc mógł po mnie przychodzić. Po półtorej roku wzięliśmy ślub i zdecydowaliśmy się na dziecko. Oboje mieliśmy już stałą pracę, kupione mieszkanie, więc idealne warunki dla nowego członka rodziny. Niestety nie mogłam długo pracować w ciąży. Po pierwsze ze względu na objawy. Prawie całą ciążę zmagałam się z nudnościami, więc praca z ciągłą przerwą na toaletę nie wchodziła w grę. W dodatku mogłam pozwolić sobie tylko na 4 godziny pracy przy komputerze. Dlatego po około 15 tygodniu ciąży poszłam na zwolnienie. Bardzo żałowałam, ale znajdowałam sobie zajęcia w domu.
Przerywanie studiów nie wchodziło w grę. Chciałam dalej się uczyć, bo ciąża nie mogła mnie wyłączyć całkowicie z życia, a poza tym już za dużo wydałam pieniędzy na ten kierunek, aby tak po prostu go rzucić. Po uczelni kręciło się tyle ciężarnych, że stwierdziłam „skoro one dają radę, to ja też mogę”.
Jeden wykładowca podpowiedział mi, abym skorzystała z ITS (Indywidualny Tok Studiowania). Polega to mniej więcej na tym, że student uczęszcza na zajęcia ze swoją grupą, ale ma pewne przywileje:- Możliwość opuszczenia zajęć w każdej chwili, bez żadnych konsekwencji.– W ciąży, zwłaszcza pod koniec, nie byłam w stanie usiedzieć od 8:00 do godziny 18:00, więc potrzebowałam dłuższych przerw lub szybszego powrotu do domu i odpoczynku. Nic mnie nie omijało, ponieważ dostawałam od wykładowców notatki i prezentacje z opuszczonych zajęć. – Indywidualne dostosowanie terminów zaliczeń.– Najbardziej bałam się, że nie będę mogła pojawić się na sesji lub ewentualnych poprawkach, ponieważ zaskoczy mnie poród. Oczywiście, mogłam pojawić się w normalnym czasie trwania sesji egzaminacyjnej, ale gdybym się nie zjawiła, to mogłabym mieć swoje pierwsze podejście np. we wrześniu. Tak jak podejrzewałam, urodziłam miesiąc przed terminem (5 dni przed sesją), ale na szczęście zaliczyłam wszystko w czasie „zerówek”.
Będąc w ciąży nie wychodziłam z założenia, że należy mi się specjalne traktowanie. Pokornie stałam w komunikacji miejskiej i nigdy nie dopraszałam się o miejsce. W kolejkach też starałam się czekać ze wszystkimi. Zdarzały się wyjątki. Natomiast cieszyło mnie to, że wśród wykładowców spotkałam się z ogromną empatią i uprzejmością. Wielokrotnie dopytywali się o samopoczucie, na kiedy jest termin porodu, czy zdążę z egzaminami. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę liczyć na ewentualną pomoc.
Jakoś udało mi się dotrwać do końca. Nie było to łatwe. Gdyby ciąża była zagrożona, to nie pozwoliłabym sobie na to. Jedno jest pewne. Przy drugiej ciąży chcę pracować dłużej, oczywiście jeśli pozwoli mi na to mój stan. Wiem jak czułam się w domu i jak na siłę znajdowałam sobie zajęcie. Drugi raz sobie na to nie pozwolę.

A wy? Jak długo pracowałyście w ciąży? Czy są wśród was mamy, które studiowały będąc w ciąży? 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *